spowiedź

Cóż… Czas chyba zacząć rozliczać się sama ze sobą. Rozliczyć? Tak. Ale przede wszystkim przyznać się.

Kłamstwa, flirty, słowa, czyny, myśli, .  Nawet nie wiem od czego zacząć…

Cóż. Sama nie wiem nawet co jest największym kłamstwem. Wypadek z ręką, Darek, Adam…? Jak ja się nie gubię w tej pajęczynie? Jak to się stało, że ją sobie uplotłam….?

powody

Postanowiłam tu wrócić z kilku powodów.

Jednym z nich miało być pokazanie samej sobie, że potrafię. Ogarnąć się. Zrobić coś. Zaplanować. Zrealizować. Zmotywować, czy raczej zdyscyplinować mnie do działania. Zawsze przecież lubiłam pisać i plan na ten rok był taki, że dokończę swoje opowiadania. Dla samej siebie.

Miał być też poniekąd zapisem zmagania się z wiekiem. Bo wciąż mam wrażenie, że mam 25 lat i że coś jest nie tak. Że to jakaś pomyłka, że już nie studiuję, pracuję, a w szafie mam więcej białych koszul niż tych w kratę.

Miał być zapisem mojego borykania się z mężczyznami. Jak wspominałam we wpisie wcześniej, postanowiłam na nowo dać im i sobie szansę.

Dziś odkryłam, że mogło chodzić o coś innego. Że to mogła być próba obiektywnego spojrzenia na ‚nią we  mnie’. Że jednak nie wygrałam jeszcze tej walki, którą toczyłam w zeszłym roku. Że okłamywałam się, myśląc że jest inaczej i że sama sobie poradziłam. Że to półrocze to była tylko zasłona dymna i wmawianie sobie, że jest ok. Przecież tyle rzeczy zmieniłam, zrobiłam. Musi być ok!

Pod koniec maja poczułam, że coś jest nie tak. Ale wciąż miałam nadzieję, że to tylko  chwilowe, że zaraz przejdzie. Że to tylko zły dzień.

Ale dziś wzięłam urlop na żądanie, bo nie byłam w stanie wstać z łóżka.

Tak więc, przyjaciółko-depresjo, zaczynamy całą zabawę od początku…

powroty

Sobotnie przedpołudnie. Właściwie południe, za 5 minut. Po mieszkaniu chodzą cugi. Kawa, papieros, kot na kolanach i pidżama. Sountrack na tą chwilę: Astor Piazzolla – Vuelvo al sur

Powinnam była wrócić już dawno temu. Po ty, by zapamiętać. To, co warte zapamiętania.

A sprawa wygląda następująco. Rok 2015 należy zapomnieć przynajmniej w połowie. A rok 2016 póki co pamiętać. Kolejna zmiana pracy, kolejni nowi ludzie, kolejne projekty. Zdecydowanie za mało, wszystkiego. Pokłosie 2015.

Kilka miesięcy temu skończyłam 29 lat. Czyli jakby nie patrzeć leci właśnie 30. Człowiek, nawet jak nie chce, to i tak czuje, że to jakaś granica. Że należy przystanąć, przemyśleć, postanowić, zmienić coś. Zrobić COŚ.

Ja wrzucam na luz. Łapię trochę dystansu do siebie i otoczenia.Wracam do swojej ulubionej filozofii cieszenia się drobiazgami i modnego slow life.

Dzisiejsza randka z P. odwołana. Nie na Świętego Nigdy, do najbliższej okazji. Och… jakie na ładne oczy…

Po ostatnim spotkaniu z K. stwierdziłam, że jednak trochę racji miałam nie umawiając się tak długi czas z nikim. Dość bezpośrednie aluzje na pierwszej randce do penisa to delikatnie mówiąc niesmaczna sprawa. Do tej pory mam mdłości. Zabrzmiało to dość dwuznacznie… Ok, samo słuchanie tych aluzji wystarczyło mi aż nadto. Niczego więcej nie potrzebowałam, żeby wiedzieć, że nie spotkamy się więcej. Nie jestem aż tak wymagająca i mam raczej swobodne podejście do seksu, ale bez przesady!

Także dzisiejszy dzień spędzam w towarzystwie kota. Tak wiem – miałam już nie czekać na coś, co mogłoby/może/powinno się wydarzyć, ale pranie samo się nie zrobi i nie poskłada.

 

bezsilności.

Godzina 22:35. Równo godzinę temu weszłam do domu.

Przez tą godzinę zdążyłam zjeść kolację, przygotować obiad do pracy na jutro, odpisać na kolejne trzy mejle służbowe, z grubsza ogarnąć mieszkanie. I tak w kółko. Kolejny mój dzień pracy zaczyna się, gdy otwieram oczy. Kończy, gdy je zamykam.

Na szybko znaleziona butelka wina zdaje się ze mnie drwić. Nie ma mowy, mówi, nie pomogę Ci zasnąć. Zastanów się najpierw, co powiesz jutro klientom na spotkaniu, do którego się nie przygotowałaś, a potem pogadamy. Fuck.

Jestem tak zmęczona, że nie mam siły nawet płakać.

Jeśli ktoś Ci kiedyś powiedział, że samozatrudnienie jest fajne – kłamał.